Noc. Potworna nawałnica opadu deszczo-gradu jaka mnie zaskoczyła podczas powrotu do domu, zmusza mnie by poszukać schronienia. 330-ty odcinek autostrady, na którym skręcam na stację benzynową by rozprostować nogi po 4h nieustannej, męczącej jazdy autem, staje się dla mnie prawdziwą traumą.
Podjeżdżając na parking prawie nic nie widziałam co mam przed maską, zrobiło się mętnie, pomimo czarności nocy. Wysiadłam, by w biegu przedostać się na stacje, gdzie mogłabym się schronić.
Zobaczyłam psa, naprawdę dużego psa, który podszedł do mnie kompletnie mokry i być może przez to jego chudzizna tym bardziej się obnażała. Podprowadziłam go pod daszek, by choć na chwilę się schował od tej pogody, bo biedak błąkał się po parkingu, jakby się zgubił i szukał swego pana.
Naprawdę dużo aut zjechało w tym czasie na stację, bo faktycznie było aż niebezpiecznie poruszać się autostradą w takich warunkach. Pomyślałam (oczywiście jak to ja , nigdy nie zakładając złego) że może psiak wystraszył się pioruna i wybiegł komuś z auta a teraz szuka swego pana który może stara się w aucie przeczekać tą okropną pogodę.
Podchodząc do kasjerki na owej stacji oznajmiam jej, że tam na zewnątrz błąka się pies, duży pies z czerwoną obrożą. Nie zdążyłam dodać nic więcej, na co usłyszałam: -"tu się wciąż błąkają jakieś psy, ja nie jestem od ich przygarniania". -Dobrze proszę Pani, (nie chcąc się wdawać w dyskusję z opryskliwą dziewczyną, bo mogła bym jej powiedzieć jeszcze o dwa słowa za dużo) a więc czy tel do schroniska z informacja o tej sytuacji przekracza również Pani kompetencje? - zapytałam stanowczo. Z fochem na twarzy, parsknęła pod nosem, że powie koledze i ten zadzwoni. Odsunęłam się w kąt stacji, przeglądając gazety czekałam na rozwój wydarzeń, przeczekując nieustającą nawałnicę na dworze.
Minęło ok 15 min, klientów przy kasie nie było, każdy co miał kupić to kupił i gnieździł się jak śledź w słoiku wraz z innymi pod dachem stacji, a Pani kasjerka ówcześnie zakładanej przez nią reakcji na moje słowa nie wykonała.
W tym czasie zdążyłam już nakarmić psa hod-dogiem a ponieważ nie lubię się prosić nikogo dwa razy chwyciłam tel dzwoniąc do koleżanki mimo bardzo późnej pory i poprosiłam ją o wyszukanie nr tel do pobliskiego jakiegoś schroniska. No tak, ale przecież ja kompletnie nie wiem gdzie jestem, zresztą podobnie jak inni, którzy na moje pytanie o to, nie potrafili tego sprecyzować. Wiedziałam, że jadę drogą na Konin, tak więc poprosiłam, by koleżanka szukała schroniska właśnie tam, bo wydało mi się to miasto jedynym większym odniesieniem w pobliżu. Po otrzymanym nr tel sama tam zadzwoniłam przedstawiając sytuację, w między czasie orientując się jaka to miejscowość, w której się znajduję. Pan, który odebrał tel stwierdził, że jego schronisko jest przepełnione i nie przyjmują więcej zgub, chyba że na wyraźne polecenie władz gminy i pokierował mnie właśnie tam. -Zatem, co mam robić -zapytałam rozpaczliwym głosem. -Czy Wy jesteście instytucja jakąś czy może zwykłym budynkiem, który sobie stoi i uczuć nie posiada, bo sadziłam, że dodzwoniłam się do miejsca, gdzie pracują ludzie dla zwierząt? To zwierzę ma gdzieś właściciela, być może ma czipa po którym da radę go zidentyfikować, ma obroże, widać ewidentnie że szuka Pana... -podając ten potok słów miałam nadzieję, że mój rozmówca wykaże minimum zainteresowania sprawą i przestanie okazywać tak swoją obojętność. -A może Pan sobie myśli, że ja teraz stojąc w ulewie, na stacji benzynowej, na autostradzie, o godz 1:00 w nocy, będę dzwonić do władz gminy, żeby pozwolili mi go zabrać i przywieść do was, tak? Po tym głosie mojej desperacji, Pan stwierdził, że on spróbuje się skontaktować z kimś i ten ktoś do mnie oddzwoni w tej sprawie.
Po chwili faktycznie zadzwonił tel, w słuchawce bardzo miły głos przedstawiający się jako Prezes Związku Opieki nad Zwierzętami. Po skrócie powtórzyłam Prezesowi sytuację i poprosiłam o pomoc. Ten wyjaśnił mi procedury, zaczął mówić o możliwościach a raczej o ich braku na tą chwilę.... Wysłuchałam Pana uważnie, zbierając potężną kontrę w odpowiedzi dla niego, gdyż w moim odczuciu było nie do pojęcia jak to możliwie słyszeć argumenty na brak niesienia pomocy od kogoś kto został wybrany by reprezentować i szerzyć właśnie niesienie pomocy potrzebującym zwierzakom. -Kur.....!!! -krzyknęłam nie mogąc dłużej słuchać tych jego demagogi. -Pan mi tu mówi o rewirze terytorialnym jaki Pana ogranicza, dodając że gdyby ten pies stał choć jedną łapą kilkanaście km dalej mógłby Pan wysłać po niego ludzi a tak to niestety, przecież to parodia jakaś! To ten psiak nie wiem może chory, z pewnością głodny i osamotniony ma tu zdechnąć, bo Pana ogranicza kilka km, tak? -"Pani się tak nie przejmuje, takie jest życie kochaniutka..."-usłyszałam w odpowiedzi. -"Poza tym to ja nawet nie kojarzę tej miejscowości gdzie Pani jest" -nawiązał. Kochaniutka?! Takie słowa to do małżonki swojej Pan kieruje, nie do mnie a jestem na 330 odcinku autostrady, bo to widzę na słupku. 'A, przy autostradzie... to tego psa może już nie być jak nawet by ktoś tam podjechał, co chwile mamy wypadki przecież, że bezpański pies czy kot ląduje pod kołami i to jeszcze stwarzając przy tym poważne zagrożenie na drodze"
Po chwili faktycznie zadzwonił tel, w słuchawce bardzo miły głos przedstawiający się jako Prezes Związku Opieki nad Zwierzętami. Po skrócie powtórzyłam Prezesowi sytuację i poprosiłam o pomoc. Ten wyjaśnił mi procedury, zaczął mówić o możliwościach a raczej o ich braku na tą chwilę.... Wysłuchałam Pana uważnie, zbierając potężną kontrę w odpowiedzi dla niego, gdyż w moim odczuciu było nie do pojęcia jak to możliwie słyszeć argumenty na brak niesienia pomocy od kogoś kto został wybrany by reprezentować i szerzyć właśnie niesienie pomocy potrzebującym zwierzakom. -Kur.....!!! -krzyknęłam nie mogąc dłużej słuchać tych jego demagogi. -Pan mi tu mówi o rewirze terytorialnym jaki Pana ogranicza, dodając że gdyby ten pies stał choć jedną łapą kilkanaście km dalej mógłby Pan wysłać po niego ludzi a tak to niestety, przecież to parodia jakaś! To ten psiak nie wiem może chory, z pewnością głodny i osamotniony ma tu zdechnąć, bo Pana ogranicza kilka km, tak? -"Pani się tak nie przejmuje, takie jest życie kochaniutka..."-usłyszałam w odpowiedzi. -"Poza tym to ja nawet nie kojarzę tej miejscowości gdzie Pani jest" -nawiązał. Kochaniutka?! Takie słowa to do małżonki swojej Pan kieruje, nie do mnie a jestem na 330 odcinku autostrady, bo to widzę na słupku. 'A, przy autostradzie... to tego psa może już nie być jak nawet by ktoś tam podjechał, co chwile mamy wypadki przecież, że bezpański pies czy kot ląduje pod kołami i to jeszcze stwarzając przy tym poważne zagrożenie na drodze"
No nie. Tego było już za wiele. Rzuciłam słuchawką, bo nie miałam więcej przyjemności rozmowy z tym kimś kto był po jej drugiej stronie!
Podeszłam do tego psiaka i wytargałam go za uchem, mówiąc do niego -sorry stary ale próbowałam... Czułam się bezradna... Pomyślałam jednak, że może wezmę go do auta i przewiozę do Poznania a tam oddam do schroniska ale nie byłam przekonana czy to słuszna decyzja. Nie znałam przecież staniu zdrowia tego psa ani też nie miałam pewności, że ktoś nie będzie go szukał.
Odwróciłam głowę w poszukiwaniu tego "kundla" i w tym momencie usłyszałam przeraźliwy trzask....
jakieś auto potrąciło biedaka.
Nogi mi się ugięły.
Pies był martwy.
