środa, 30 stycznia 2013

z Entgo miasteczka


     Panna Agnieszka nie lubi wspomnień. Ale nie lubić ich, to jedno, a nie radzić sobie z nimi, to drugie. Kto sobie nie radzi, ten nie żyje swoim czasem ale czasem umarłych; ten za życia odpadł od życia. Jednakże nie to jest najgorsze, ale to, iż traci moc i znaczenie wszystkiego co się dzieje w rzeczywistości, tego co jest.

Rozmowa toczy się w kuchni, przy podokiennym stole. Za oknem zima, niebieski śnieg, nadrzeczne płowe oczerety, płaskie brzegi, równina, dalej gdzieś zwoje kolczastego drutu i niebo siwe jak skrzydło gołębia. Będzie śnieżyć. Albo nie, za tęgi mróz. A tu w domu ciepła tyle aby żyć i co by przetrwać zły czas.
Dziewczyny pociągają nosami, rzucając szybkie spojrzenia na siebie. Koniuszek nosa białawy już od mrozu a i policzki zaś rdzawe. To zapuszczając lękliwego żurawia w głąb mijanych uliczek nabitych zapachami wypiekanego na ostatnią chwilę chleba i makowych strucli z aromatem żurku, jaki parafialny ich tak uwielbia.

     W zaryglowanym "miasteczku" życie zostało podporządkowane właśnie regule przetrwania, gdy tylko wyszło na jaw, że wszystko to, co liczyło się jeszcze wczoraj, dziś jest bez wartości.

Nie tylko pojęcie, obraz i bieg czasu uległy zmianom, modyfikacjom i niezauważalnym przestrzennym przesunięciom, to przyśpieszając a to znów opóźniając co innego, w relacji do zegara słonecznego, ustawionego na środku wsi -sołtys, władza.
Zatem nie tylko zniekształcał się czas, lecz także zmieniała się związana z nim, aczkolwiek na pozór niezmienna, przestrzeń, zapadając w samą siebie, samopochłaniając się i samodegradując, to zaś, co powstało na starym miejscu, od nowości było naznaczone piętnem upadku i śmierci starszczyzny. Jeżeli więc gdzieś wyrastał kwiat -to bez wonny; jeśli drzewo -to karłowate i już w swoim pędzie robaczywe. Podobnie działo się z budowanym właśnie domem lub niechby tylko szopą, naprawianym kamieniem albo rozklekotaną szpachlą. Cokolwiek to było, bylo koślawe, postarzałe w sobie od nowości, niszcząc już w chwili naprawy. Nowe ale stare, bez przyszłości.

Oczywiście osobiste przypadki oraz losy partyjnego i krawieckiego interesu, chociaż ciekawe i z wielu rożnych względów bardzo pouczające, tutaj mają charakter marginalny, acz nie pozbawiony głębszych treści, jak zresztą wszystko co wiąże się z historią ów mieściny.

     Tak czy inaczej, zdarzenia różne stały się zaczątkiem osobliwej zażyłości Panny Sujki z biegiem czasu umacnianej ich skłonnością do śledzika w oleju i czyściutkiego jak łza bimbru. To, że darwinistkę łączyły równie podobne, choć nie identyczne, poglądy polityczne, rozumie się samo przez sie. Fundamentalna natomiast różnica je dzieląca, dotyczyła kwestii wolnomyślicielstwa. Które dla Panny Sójki oznaczało zupełne odrzucenie <opium dla ludu> mającej w głowie: -nawet przyzwoitym skądinąd ludziom a dla zasiedziałej tam Innowakówny zaś ostrogę, pobudzającą do wnikliwego studiowania pisma idącego zgodnie z etyczną regułą przywilejów, zaszczytów i dostojeństwa dla tych wyższych- jak na dworku jakimś.. a gdzie ino obora.

     Widok krzątającego się po domu nauczyciela sprawia, że myśl o bliższym z nim kontakcie wydaje się mało przyjemna, niestety spotkania nie da się uniknąć chociażby tylko z tego względu, że oto zza rogu uliczki Skrótowej wyłonili się Aptekarz ze synem, już przeznaczonym.

Tam dalej szła staruszka pod rękę ze starcem, telepiąc się jakby zaraz mieli upaść. Podbiegli, by ich doprowadzić do kościoła.
Zapytana przez młodych: -"jak żeś babcia zrobiła ten wianek, żem łojciec od tylu lat przy Tobie? Odpowiedziała krótko: -"widzi młody, bom jak ja go broła byliśmy uczeni, że jak się coś zepsuja to się naprowia tak długo aż będzie działoć, a teraz uczo, że jak popsute i nie pasuja, to się wyrzuca i kupuja nowe".
-"Babkaaa, a jak Tyś taka mądra, to powiedz nom jesce, za cym iść: za rozumem, cy sercem?"
-"Za sobą, zawse jedno za drugim iść musi, tedy scęście".