środa, 30 kwietnia 2014

milion moich wolnych myśli



    

...Myślę, że ludzie coraz mniej potrafią słuchać. Słuchać słów bez jakiejś oprawy np. muzycznej. Sama komunikuję tak wiele istotnych dla mnie głębokich emocji, przeżyć czy uczuć, kryjąc je zakamuflowane jako podtekst w jakimś utworze. Taką oprawę czuć można na poziomie instynktu wtedy wszystko dla każdego staje się jasne, bez skrępowania, nie ma dwuznaczności. Natomiast jak wyłączysz muzykę i po prostu mówisz, to ludzie często nie chcą słuchać tego, co chcesz im przekazać. Może mówisz zbyt zawile, obszernie, niezrozumiale, może słuchać nie potrafią, a może po prostu za trudne są prawdy, więc tak generalnie to coraz częściej i więcej milczę.


     Jest kilka miejsc na tym świecie, które kocham. Tak całkiem szczerze darzę je wspomnieniem choćby zwykłego zapachu, ciepła wiatru lub wilgotnej bryzy na czole. To jakaś historia, która zdarzyła się naprawdę a nie została przeczytana w książce czy obejrzana w kinie. Tak jak fotografia istnieje w mej głowie i czasem miło mi się do niej wraca a czasem gorzej. Właśnie dzięki temu rozumiem co znaczy, że podróże kształcą. Podróżując po różnych krańcach, obrałam sobie z biegiem czasu pewien horyzont. Postanowiłam, że to właśnie będzie moja odskocznia na każde dobro jak i zło. Takie podróże, w głąb świata, kraju i siebie. Zawsze dużo rozmyślałam-taki typ. Sentymentalnie? Niee, bardziej 'popularno-naukowo'.

Chyba dlatego też pewnego dnia założyłam, że chcę być sama. Sama w odniesieniu do relacji partnerskich, które jako możliwie prawdziwe i sensowne, na tamten czas, wydawały mi się przeidealizowane, nierealne a wręcz ocierające o baśń czy bajkę. Uznałam, że jeśli więc mam być sama to chciałam znaleźć gdzieś lub w czymś taką kotwicę, żeby móc się przynajmniej budzić w miejscu czy chwili, które są piękne. Sądziłam, że tak najprościej jest żyć a każdy dzień, jaki by on nie był, przyjmować jedynie jako własne brzemię, bez dzielenia się nim ani współdzielenia niczyjego. Być sama dla siebie, co skutkuje niezależnością, zarazem zamknięciem się na to, co nie musi, lecz przecież może ponownie mnie zranić. 
Takie sytuacje w dużym stopniu ograniczają, lecz jest to tz lepsze zło. 
Był to etap, kiedy byłam po pewnym nieudanym wieloletnim związku, toksycznej relacji, która zostawiła po sobie zgliszcza, wyssała ze mnie energię, optymizm, wiarę oraz chęci na cokolwiek innego bądź cokolwiek więcej. Pomyślałam sobie, że każdy ma swój limit, że nie można tak bez końca ufać miłości i drugiej osobie. 
Przestałam rozumieć miłość, dlatego również straciłam chęć tego uczucia. 
Tak, po prostu go nie chciałam. 


Smutne to było, takie przebudzenie -kiedy to uświadomiłam sobie, że przecież to ja zrobiłam sobie największą krzywdę odcinając się od przeżywania, od budowania, od odczuwania, od prób, starań i upadków. Liczyło się tylko to jak dobrze się ubezpieczyć od wszystkiego i wszystkich, jednocześnie emocjonalnie stojąc w miejscu lub wręcz uwsteczniając się przez powstałe w wyniku tego zobojętnienie na skutek wcześniejszego zawiedzenia się, żalu i bolesnego doświadczenia. Pozwoliłam na to, zatem przyczyniłam się do konsekwencji tego. 

      Uczę się teraz myśleć o sobie, uczę się od kilku lat. To nie jest takie proste, jeśli ktoś nie jest z natury egoista i ma takie w miarę pospolite ego a nie jakieś schorowane, wtedy jest trudno uczyć się myśleć o sobie. Myśli się głównie o otoczeniu a otaczamy się przecież ludźmi w większości tymi, na których nam zależy, dlatego to podwójnie trudne dla takiej altruistki jak ja. Człowiek przecież chce się jakoś wpleść w ten świat tak, by nieść coś dobrego, nikomu nie przeszkadzać, nikogo nie krzywdzić ani też nie zostawić po sobie złych wrażeń.


     Zawsze chciałam mieć starszego brata, którego paradoksalnie sobie wywróżyłam chyba... a może wewnętrznie od najmłodszych lat czułam gdzieś jego obecność, bo w wieku dojrzewania okazało się, że go jednak mam (ale to długa opowieść). Wydaje mi się, że los sprawiedliwie selekcjonuje nam życie a to co nas spotyka nie jest przypadkiem ani czymś bez przyczyny, ba, powiem więcej, nawet w to wierzę.

    Lubię dzieci. Dzieciaki mają taki dar widzenia szerzej niż dorośli, dostrzegają drobiazgi, o których my w biegu codzienności już nawet nie pamiętamy, mają taką chłonność wiedzy ale też i bezcenną szczerość w sobie. 
Idąc jednego dnia na spacer z niewielka gromadką małolatów z domu dziecka, nawiązała się kreatywna dyskusja 7-12 latków na temat Ziemi. Opowiadaliśmy sobie o tym jak Ziemia jest urodzajna, co daje i ile my możemy dać jej, że wszystko, tak na prawdę co nas otacza żyje i tak jak my ludzie, tak i zwierzęta czy rośliny, również potrzebują np. czystej wody i powietrza. Padały pytania, którym starałam się sprostać. 
Nagle zauważyłam małą wiewiórkę skaczącą po drzewach i tak się nią chwilę zauroczyłam, że przystanęłam i zaczęłam szukać w pośpiechu telefonu, by zrobić jej zdjęcie, niestety zostawiłam go w aucie. Nagle z za pleców usłyszałam cichy głosik mówiący:  -„i dobrze, że go nie masz”, zapytałam wiec zaciekawiona taką reakcją -a dlaczego tak uważasz Martynka? –„bo wiesz, jakbyś miała przy sobie telefon i zrobiłabyś zdjęcie a potem wstawiła je na facebook'u to wiesz… ludzie chyba nie zrozumieli by tego piękna". W tym momencie ja za to zrozumiałam, że 10-latka pojmuje już, że ludzie nie potrafią często cieszyć się z takich banałów jak my wtedy, kiedy to ten czas był najlepiej spędzonym czasem od dłuższego okresu, dla każdego z nas na czele ze mną. Ta świadomość i ich dojrzałość, jest dla mnie cenniejsza od wiedzy o tym, jaką historię te dzieci za sobą już mają. 


     Ktoś ostatnio zapytał mnie, co mnie najbardziej denerwuje w życiu.   
Nie wiem jak głęboko mogę wejść w ten temat, bo to dość trudny i poważny wątek, lecz to, co mnie denerwuje, irytuje i boli to np. to, że nasze najstarsze pokolenie w Polsce jest nieszanowane. Przeżyło najwięcej złego, przetrwało, pomogło odbudować nasz kraj, walczyło o nasz spokój a dzisiaj jest to pokolenie, które nie ma pieniędzy na leki, którego się nie szanuje i któremu się nie ułatwia. 
Wkurza mnie też to, kiedy widzę np. jak ludzie śmiecą i niszczą ziemię, zawalają toksynami i odpadkami planetę jakby zapominali o tym, że to dzięki niej mamy, co jeść i pić oraz jak oddychać. Nie znoszę wręcz gdy widzę, jak ktoś wyrzuca za siebie jakiś papierek czy odpad omijając przy tym pod nosem kosz, czasem już nie wytrzymuje i zawstydzam tę osobę podnosząc to na jego/jej oczach i wyrzucam to co przed chwilą „upuścił/a” do kubła na śmieci.

A to, co najczęściej mnie wyprowadza z równowagi, to głupota ludzka, chamstwo, prostactwo, ograniczenia rozwojowe, stereotypy, tendencje, które ostatnio pojawiły się na świecie, czyli „podstawianie mikrofonu” durniom i nie tylko pozwalanie na to by się bezrozumnie wypowiadali, to jeszcze promowanie tej głupizny w śród społeczeństwa. Są różne klasy społeczne i różnie się ludzie rozwijali i rozwijają, tak było i będzie, ale kiedyś media miały taka swoistą misję, mianowicie miały wpływ na rozwój społeczny, kształtowały kulturę, wiedzę oraz rozwój artystyczny, sztuka znaczyła kiedyś o wiele więcej niż dziś. Dziś promuje się nieuczciwość, agresje, krew, sex- to jest tabloidowe, to się sprzedaje. 
Jest to dość mdłe i bardzo płytkie. 


     Mam niespełna 31lat i ostatnio pierwszy raz zrobiłam pewna rewolucję w domu. Uświadomiłam sobie ile wokół mnie jest rzeczy, które są bezużyteczne, z których nie korzystam. Miałam masę rzeczy, które były nic nieznaczące i zajmowały tylko miejsce –i tu uwaga: wydałam ponad 250kg odzieży, butów oraz różnych domowych akcesoriów, które znalazły się pod moim dachem. Postanowiłam pozbyć się tego i zminimalizować ilość rzeczy. Miałam ogromną potrzebę, by wiedzieć dokładnie co mam. Po 18-tu spakowanych i wywiezionych worach, poczułam nagle taką fajną przestrzeń. 
Doszłam do takiego już etapu świadomości, w którym nie jest mi potrzebne kupowanie czy posiadanie materialnych rzeczy dla polepszenia własnego samopoczucia. 
To, co natomiast nieustannie celebruję, to rzeczy i pamiątki, jakie dostałam, często to coś ręcznie robione, coś niepozorne zupełnie ale coś, co ma dla mnie ogromną wartość czy znaczenie są to m.in. kartki i listy, jakie bardzo sobie cenię, a w tej chwili niestety już, pokuszę się o stwierdzenie, –są one zwyczajnie nie modne. 

Chciałabym mieć jedną osobę obok siebie, która patrzyłaby na mnie nie poprzez pryzmat historii, tego, co kto mówi lub myśli o mnie, poprzez to kim jestem czy ile mam lub nie mam. Taką jedną istotę, która patrzeć będzie na mnie tak po prostu czysto. 
Być obok pomimo i aż a nie dzięki...
  

     Jestem ufna. Kocham ludzi, tak generalnie i z grubsza nigdy nie uprzedzam się do nikogo ani nie oceniam pozorów. Dużo obserwuję, słucham. Lubię się cieszyć obcowaniem z innymi. Prawda, że na ludziach najprościej oraz najmocniej jest się zawieść jak i zrazić do nich, ale to nie szkodzi. Bo jak inaczej można się czegoś nauczyć, jeśli nie doświadczy się rozczarowania?

No bo życie, to taka podróż, w której możesz doświadczyć uczucia rozwoju i ja mimo wszystko i wszystkim teoriom świata, jednak wole się uczyć z tego co przeżywam, niż się zamknąć przed tym, jak kiedyś. Możesz czerpać wiedzę z książki, z teorii, z opowieści starszych, no ale wtedy tego się nie pamięta. A jak chcesz zapamiętać i chcesz, by to zmieniło strukturę twojego myślenia musisz coś przeżyć, wtedy zawsze na swój sposób ustosunkuje cię to do danego tematu, wyrabiając twoje zdanie, poglądy, poczucie, świadomość i umiejętność. Umiar, pokora i zdrowy dystans, z biegiem doświadczeń pozwalają na coraz to trafniejszy dobór charakterystyki osobowości we własnym otoczeniu. Jakoś wydaje mi się, że ludzie często oceniają innych idąc na skróty, zapominając o tym, że cały czas w sobie mamy emocje i często to one odgrywają pierwszoplanowe role, ale to nie jest to prawdziwe my: ja czy ty. To nie jest charakter, tylko zwykła chwila, lepszy czy gorszy dzień, niewyspanie, bo coś cię boli czy zdenerwowało lub wprawiło w entuzjazm. To, jakimi jesteśmy ludźmi w danym momencie nie jest odzwierciedleniem tego kim i jacy jesteśmy wewnętrznie. Całe szczęście, że jakoś instynktownie, zarazem spontanicznie, otwieram się na takie znajomości, w których jest obustronny potencjał i inicjatywa. Nie lubię pustych relacji, lubię się uczyć. Lubię, kiedy ktoś mnie inspiruje, motywuje, pozytywnie kreuje moją rzeczywistość i mój czas ten tu i teraz, który później nie uznam za stracony. Cenie sobie ludzi, którzy mają jakies pasje, cele, którzy coś wnoszą w moje życie, sobą, bo są sobą, są prawdziwi i nie udają, żyją w prawdzie, dlatego dzięki temu jacy są a nie kim są lub z jakiego poziomu (pojęcie względne) się wywodzą czy pochodzą, oni sami są wartościami, których kupić nie można. 


     Myślę, że każdy dojrzały człowiek, powinien na pewnym etapie w sobie znaleźć takie sytuacje z własnego życia, które, mimo iż kiedyś były ciężkie czy bolesne, długo gdzieś tkwiły i burzyły poczucie prawdziwych wartości czy wręcz bezpieczeństwa, to teraz stanowią pewną bazę odniesień, która napędza do działania wobec przeciwności. Te narodziły we mnie taką chęć pokazania sobie przede wszystkim, że pomimo to i tamto, ja mogę i chcę i się nie zrażam, że jestem OK i nie muszę wstydzić się tych błędów doświadczeń przeszłości. Potrafię wyciągać pozytywne wnioski z tego, co nie było dobre bądź mądre. Mimo tego, jak czasem życie potrafi cie przeczołgać, że tak je aż czujesz w kościach, to pewien kręgosłup się nie zmienia i ten właśnie kształtujemy sami poprzez pracę nad sobą. Uczulona jestem, kiedy słyszę, że coś jest niemożliwe, że czegoś się nie da zrobić lub nie można. Zawsze wtedy dociera do mnie, że niemożliwe jest właśnie możliwe, choćby dlatego, że jeśli serce można przeszczepić, to wszystko się da i można, trzeba tylko chęci, wiedzy, zaangażowania oraz wiary.

Długo szukałam miłości i akceptacji, myśląc, że mogę je osiągnąć tylko pracowitością. 
Strasznie mocno mam w sobie rozwinięte takie poczucie sprawiedliwości i jest to dla mnie bardzo ważne, żeby być sprawiedliwym dla sytuacji, dla ludzi, dla siebie, choć dla siebie akurat chyba jestem jeszcze czasem zbyt okrutna. Bo ja umiem walczyć o innych, ale o siebie to tak raczej nie do końca. Wrogowie czy nieprzychylne mi osoby myślą, że są w stanie mnie jakoś obrazić czy przysłowiowo opluć, ale nic nie jest w stanie tak bardzo mnie rozwalić jak ja sama siebie. Nie boję się krytyki, bo jestem wychowana na krytyce i mogę słyszeć wiele, ale mam też sporo własnej dla siebie i to chyba ona często mnie w dużej mierze ogranicza, przed rodzajem komfortu psychicznego i realizacją własnych marzeń.
Ktoś powiedziałby może, że się męczę i z pewnością miałby racje. 
Ale ja kłócę się wciąż z moim światem i nie godzę się z nim właśnie dlatego, by osiągać wciąż więcej satysfakcji i nigdy nie osiąść na laurach. Poddanie się to porażka, która doprowadza do utraty wiary a tą mam w sobie zawsze.

Nie oczekuję od życia zbyt wiele, byle by się nie działo zbyt wiele złego, to wtedy jest już dobrze.