poniedziałek, 1 sierpnia 2016

 

    Niedawno miałam urodziny. Wzbogaciłam się o kolejny rok - whow, trzeba bić bravo, że a jadnak. Nie dawali mi przecież wiele już od pierwszych godzin, dopiero po kilku dniach zrozumieli, że się łatwo nie poddaję. W tym przekonaniu doczekalam się dwóch liczebnych trójek.
I wiecie co?

Marzenia trzeba spełniać, choćby nie wiem co, warto próbować, bo w przeciwnym razie nigdy się nie dowiemy, co by było gdyby. Z tym też z czasem zrozumiałam kolejną rzecz: że trzeba podchodzić z dystansem do planów na przyszłość. Nie można zaplanować życia od A do Z. Bo jutro może zdarzyć się coś takiego, co wywróci nasz poukładany świat do góry nogami i wszystko ulegnie zmianie.

A miłość... Miłość to nie tylko te motyle w brzuchu, które przyjemnie łaskoczą, to nie tylko te burze z piorunami, nieziemski seks. Miłość to także zwykłe, szare dni. To drugi człowiek, z którym jesteśmy na dobre i na złe. Miłość ma czasem zapuchnięte oczy od nadmiaru łez, cóż, taka już ona jest.

Wydaje ci się, że możesz poddać hibernacji pewien rodzaj uczuć, ludzi czy sytuacji. Zatrzymać czas, odejść na bezpieczną odległość. Spojrzeć na wszystko z odpowiedniej perspektywy, przemyśleć swoje działania i wrócić, jakby nigdy nic się nie zmieniło. Wracasz, a potem bardzo się dziwisz, że twoje życie nie zaczekało i zostawiło cię w tyle
 
    Głupotą jest znikać z życia kogoś, kto ustawił nas na pierwszym miejscu. Kto oddał nam swoje serce, duszę i emocje. Uciec bez słów okrywając dnie i noce tej osoby ciszą, pustką i zastanowieniem. Nie róbcie tego. Nie odchodźcie od dobrych ludzi, myśląc, że na nich nie zasługujemy. Możecie im zniszczyć życie!

„A może płakała, ponieważ zawaliło się jej życie? Pierwszy lub kolejny raz? Pewnie tak, ponieważ tak się płacze, gdy kogoś się bardzo kocha albo kocha, a kochać nie powinno. Z bezsilności się wtedy płacze. Bardziej niż ze smutku lub bólu.”
~ Janusz Leon Wiśniewski - 'Miłość oraz inne dysonanse'

     Co chwilę wracam do Twoich słów i myślę, że jednak musiało coś między nami być. Zaraz potem przypominam sobie, że nie słowa się liczą, a gesty...
Uwielbiam ten pewien rodzaj masochizmu: wiedząc, że już raczej nigdy nic z Ciebie i mnie nie wyjdzie, to jednak wprost przepadam patrzeć na Twoje zdjęcia i czytać Twoje wiadomości. Wtedy mimochodem i przelotnie unoszą mi się kąciki ust. Podobno tylko głupcy ignorują takie uśmiechy.