Pewnej słonecznej kwietniowej niedzieli, gdy miałam lat prawie 14-naście, ojciec mój po kościele, zabrał mnie na spacer po naszym osiedlu. Taki wówczas podał argument- spacer, nie więcej ani mniej zwiastujące słowa -„chodź, idziemy się przejść”, powiedział.
W tamtej chwili naprawdę nie przypuszczałam nawet, że w jednej chwili może zmienić się całe moje życie emocjonalne, co tak się stało, już po kilku minutach podczas owego spaceru.
Poszliśmy na drugi koniec a w sumie to początek naszego osiedla, pod blok nr 6.
Pamiętam to dokładnie ponieważ widząc skupioną twarz ojca i zdenerwowanie jakie temu towarzyszyło, zastanawiało mnie bardzo, co się za chwile stanie, bo to że coś na pewno, to czułam od pierwszej chwili tego spaceru. Tato mój raczej rzadko tak uparcie chwytał mnie za rękę i brał na taki zwykły rodzinny spacer w niedzielę -oczywiście bez mamy, ponieważ do niej miał raczej całkiem już obojętny stosunek. Dlatego każdy taki gest z jego strony wydawał mi się czymś obcym a jednocześnie na tyle ważnym, że nie byłam skłonna nawet pomyśleć wtedy o tym by mu odmówić.
Blok ten był mi dobrze znajomy. Osiedle nasze, noszące imię jednego z królów Polski, było duże jak sam ten władca. Mieściły się tam dwie szkoły podstawowe, które przewidziane były dla dzieci z jednej oraz drugiej części tego blokowiska lecz mimo tego terytorialnego podziału, miałam w szkole dwie koleżanki z tego właśnie bloku, oraz kilku nauczycieli mnie uczących. Poza tym, zawsze gdy chorowałam i szlam z mamą do przychodni, musiałam przejść również koło bloku nr 6 by tam trafić.
Stąd droga spaceru jaką wybrał tej niedzieli mój ojciec była mi nie obca a wręcz dobrze znajoma lecz nieustannie zastanawiało mnie, co tatę ciągnie na tą stronę osiedla, kiedy on przecież raczej nie należał do duszy towarzystwa by mieć tam jakiś znajomych.
Po kilku minutach sprawa stała się już jasna. Dostałam odpowiedź na to oraz inne pytania, które w wieku dojrzewania często sobie zadawałam.
Staliśmy pod wysokim i długim blokiem nr 6, z widokiem na klatkę "B", nagle ojciec wskazał na jeden z balkonów mieszczący się na drugim piętrze owego bloku, we wspomnianej wyżej klatce. Był on bardzo ładnie przyozdobiony czerwonymi kwiatkami w doniczkach, które zwisając, dawały piękny efekt, pomyślałam wtedy:
–ooo, takie same jak u nas, może dlatego tata zwraca mi uwagę właśnie na niego.
Zapytał: -„widzisz ten balkon z tymi czerwonymi pelargoniami w doniczkach?”
Odparłam –tak
-„A pamiętasz jak jechaliśmy do prześwietlenia Twojej ręki i zabraliśmy takiego chłopca z przystanku podwożąc go do szkoły?” -kontynuował
- tak, pamiętam -odpowiedziałam, czując coraz większe napięcie w sobie.
(-ojciec mi męża znalazł czy co- zastanawiałam się)
-„no, to wiesz.., to był twój Brat i tam gdzie ci pokazuje to on mieszka”
- Kto?
- Brat?
- Jaki Brat?
- Ale skąd?
- Co???
Zaczęłam płakać..
Usiedliśmy na ławce przed tym blokiem i widziałam jak tata z żalem ale też pewną tęsknotą patrzy się w okna tego mieszkania na drugim piętrze. Ja nie mogłam opanować łez.
Ojciec powiedział: -poczekamy tu chwilę, jest południe, on ma takiego czarnego kudłatego psa, to może wyjdzie z nim na spacer, wtedy go zobaczysz.
Bez słów większych wyjaśnień odeszliśmy po chwili gdy się tego nie doczekaliśmy.
Nie pytałam o nic, bałam się. Czułam z ojca strony wielki ból ale też i ulgę swoista, że mi o tym powiedział, że już wiem. Powrót do domu był jakby w spowolnionym tempie. Pierwszy raz droga do domu wydawała mi się dłuższa czy dalsza niż w stronę przeciwną. Ojciec miał głowę spuszczoną w dół, szedł jakby nieprzytomny. Ja płakałam cicho pod nosem, w sumie to nie umiem zdefiniować dlaczego, łzy same spływały mi po policzku. Miałam miliony pytań a zarazem brak sił na ich zadanie. Gdy wróciliśmy do domu położyłam się i zasnęłam. Po przebudzeniu się uznałam to za sen, tematu nie było, tata oglądał TV, stację Euro Sport jak zawsze, jakby nigdy nic, a więc pomyślałam, że miałam ciężki sen. Powiedziałam o nim mamie, zaczynając od słów -a wiesz co mi się dziś śniło? Mama w milczeniu wysłuchała całej mojej opowieści a na końcu usiadła. Pamiętam jak mnie mocno przytuliła i cicho wyszeptała do ucha słowa, Aguś to nie był sen. Spojrzałam się na nią, jak stwierdziła potem, wzrokiem dojrzałej kobiety i w milczeniu, po chwili odeszłam do swojego pokoju.
Od tamtej chwili nabrałam celów, postanowień i sił, które miały mi pomóc odzyskać brata o którym przecież nic nie wiedziałam.
Po rozwodzie mojego ojca z tamta kobietą i 4 lata po ślubie z moją mamą, jako nauczycielka dostała propozycję pracy oraz zakupu mieszkania w bloku przeznaczonym dla nauczycieli przy nowo wybudowanej wówczas szkole. Okazało się, że na tym samym osiedlu co wcześniej mieszkał już mój ojciec ze swoja poprzednią rodziną. Dualizm, złośliwość sytuacji? Praca i mieszkanie dla mojej mamy oraz jej rodziny to propozycja zbyt ważna i istotna by odrzucić ją z powodów koligacji rodzinnych, gdzie kontakty syna z ojcem w tym czasie są i tak zerwane na wyraźne życzenie pierwszej żony ojca i zakaz utrzymywania z nim kontaktów. Nawet nie wiem do końca, czy mama moja miała w pełni tego świadomość godząc się wówczas na propozycje jaka otrzymała i o sytuacji w jaką wchodziła.
Fakt jednak taki, że miałam brata przez 10lat mieszkającego na tym samym osiedlu co ja, chodzącego do tego samego kościoła co ja i pewnie wiele razy mijającego mnie na drodze wtedy gdy ja w wieku dojrzewającego dziecka borykałam się właśnie z ogromną potrzeba i chęcią posiadania rodzeństwa.
Od kiedy dowiedziałam się o jego istnieniu często chodziłam po szkole pod jego blok wypatrując chłopaka z czarnym kudłatym psem wychodzącego z klatki „B”, bo tylko tyle wiedziałam. Trwało to latami. Nigdy jednak nie dostrzegłam ani psa ani chłopaka, który mógłby odpowiadać zarysowi jaki maiłam w głowie młodego chłopaka o jasnych trochę dłuższych włosach, siedzącego raz w życiu plecami do mnie w aucie gdy podwoziłam go z ojcem do szkoły.
Ani tata nasz ani jego rodzina nie miała w ogóle kontaktu z Maćkiem. Nie wnikam w wersje dlaczego, bo dziś każda ze stron opisuje to inaczej- szczególnie mama jego naciska na wspomnienia i uświadamianie mnie teraz w tamtejszej sytuacji.
Dla mnie osobiście wówczas jak i teraz tym bardziej, liczy się jedynie to, że mam rodzeństwo, że nie jestem sama, że mam starszego brata, z którym chciałam odbudować, stworzyć więź choć znikomą ale coś co będzie nas ze sobą łączyło. Także by on wiedział o tym, że jestem, że ma siostrę, która nie chce nic więcej prócz tego by mieć jego szacunek i móc go kochać.
Pierwszy raz zamieniłam z nim kilka zdań na smutnej uroczystości jaką był pogrzeb naszego dziadka, miałam wtedy 17lat. Tam usłyszałam pierwszy raz jego głos już po mutacji, wtedy zobaczyłam jaki ma kolor oczu oraz to jak się wypowiada, jak się ubiera i co lubi. Uznałam to za dobry moment na to by nie zaprzepaścić okazji utrzymania kontaktu jaki między nami wtedy został zapoczątkowany. Wymieniłam się z nim więc nr telefonu. Gdy minął mniej więcej miesiąc po pogrzebie, odezwałam się do niego po raz pierwszy i zaproponowałam spotkanie w pubie, pamiętam że on wybierał miejsce oraz czas, ja się dostosowywałam w pełni. Było dla mnie to tak ważne i tak długo wyczekiwane, że każdą minutę warzyłam jak złoto. Był to klub nieopodal Macieja ówczesnej uczelni i jakoś po jego zajęciach. Rozmowa była przyjemna aczkolwiek dla obojga z nas niewątpliwie trudna, co jest rzeczą zrozumiałą.
Następnie spotkania takie inicjowałam jeszcze kilkanaście razy w rozsądnym odstępie czasowym.
Wiedziałam jakim martwym tematem jest jego więź z babcią czy tym bardziej ojcem wiec drobnymi, wręcz niezauważalnymi kroczkami przez cały czas, nawet po dziś dzień jeszcze staram się ją odbudowywać. Zaczęłam więc pytać się Brata czy może nie wybiera się w odwiedziny do babci bo idą święta, odpowiedzi padały różne lecz jednego razu udało się, wtedy pojechaliśmy tam razem. Babcia była strasznie przejęta lecz niesamowicie szczęśliwa, bardzo ubolewała nad wcześniejszym brakiem kontaktu z wnukiem, który jednego razu jako jeszcze dziecko powiedział do babci słowa, których nie potrafiła wówczas zrozumieć lecz uszanowała wolę jego matki i kontaktu nie było. Takim sposobem czułam, że dzięki temu spotkaniu przywracam jej wnuka a radość płynąca wówczas z jej oczu i ust była tak olbrzymia, że wynagradzała każdą minutę mojej pracy i upartości w nawiązywaniu komunikacji z nim.
Wiedziałam jakim martwym tematem jest jego więź z babcią czy tym bardziej ojcem wiec drobnymi, wręcz niezauważalnymi kroczkami przez cały czas, nawet po dziś dzień jeszcze staram się ją odbudowywać. Zaczęłam więc pytać się Brata czy może nie wybiera się w odwiedziny do babci bo idą święta, odpowiedzi padały różne lecz jednego razu udało się, wtedy pojechaliśmy tam razem. Babcia była strasznie przejęta lecz niesamowicie szczęśliwa, bardzo ubolewała nad wcześniejszym brakiem kontaktu z wnukiem, który jednego razu jako jeszcze dziecko powiedział do babci słowa, których nie potrafiła wówczas zrozumieć lecz uszanowała wolę jego matki i kontaktu nie było. Takim sposobem czułam, że dzięki temu spotkaniu przywracam jej wnuka a radość płynąca wówczas z jej oczu i ust była tak olbrzymia, że wynagradzała każdą minutę mojej pracy i upartości w nawiązywaniu komunikacji z nim.
Tym czasem, odwiedziny rodzinne i nasze wspólne wyjazdy na święta stały się wręcz tradycja. Nadszedł też dzień, w którym i tata spotkał się z synem podczas jednych z takich okoliczności u babci. Poprosiłam ojca by przyjechał, że będę z bratem na świata i nie mówiąc o tym Maćkowi postanowiłam ich ze sobą tak naprawdę poznać. To były ciężkie czasy. Wiele starań, tłumaczenia, rozmów i negocjacji, włożyłam w prace nad ojcem i moim bratem. Jestem przekonana że żaden z nich nie rozwinął swojego myślenia na tyle by to dostrzec i choć zauważać jak bardzo się staram. Oni oboje mają podobnie, nie łatwe, zawzięte charaktery, które nie koniecznie w dobrym kierunku z tą upartością często idą.
Do dziś pracuję nad stanem rozumienia pewnych kwestii przez ojca naszego zarazem też i przez brata poniekąd, w odniesieniu do naszych korzeni i przeszłości, tak by każdy zrozumiał nie swój lecz tego drugiego punkt odniesienia i spojrzenia z tamtych lat, umiejąc poprzez to wybaczyć i ustosunkować się do tego na dziś dzień, ale to nie lada wyzwanie.
Ojcu staram się ukazywać potrzeby jakie posiada lub może posiadać dziś jego syn i pewne z jego strony zaniedbania, które dziś procentują a wtedy mimo protestów mógł choćby sądownie ich zapewnienie uzyskać i walczyć o niego, tak by dziś nie było plonów nienawiści. Doradzam i sugeruje podświadomie pewne ruchy które są potrzebne do jednania się a także zmiękczam upartość w nim, która często jest powodem naszych sprzeczek. Jednym słowem stojąc z boku dopinguję.
Maciejowi uzmysławiam poprzez gesty, które w jego kierunku wykonuje ojciec, kim on jest i że wcale nie musiał by tego czy tamtego robić gdyby był taki za jakiego go uważał.
Dziś Maciek mieszka w Niemczech. Od kilkunastu miesięcy towarzyszy mu poważna przewlekła wirusowa choroba. Przeszedł przez to wiele stresów i niepokojów, kilkutygodniowa hospitalizacja, następnie same niewiadome. To może wręcz człowieka doprowadzić do obłędu.
W tym okresie szczególnym wiele razy wyciągałam do niego swoja dłoń, pierwszy raz sądziłam, że tak naprawdę mogę poczuć się mu potrzebna i mentalnie dać mu świadomość tego, że choć emocjami i uczuciem jestem przy nim, bo nic więcej nie potrafię ani nie mogę. Równie często w tym okresie całkiem nieoczekiwanie spotykałam się z jego oburzeniem wręcz, kierowanym wobec moich gestów czy wiadomości a to całkiem wytrącało mnie z poczucia wiary i prawdy oraz dobra tego co robię. Tłumaczył, że on jest inny niż ja, nie sentymentalny i nie ratują go moje słowa otuchy, że mam mu nie wysyłać pustych demagogii, że on woli konkrety itp. Starałam się go zrozumieć, przystosować do jego potrzeb, kurwa no! Naprawdę starłam się bardzo... ale nie chce już więcej się strać.... po prostu mam dosyć. Nie tłumaczy go ani choroba ani też zgorzkniała samotność we własnym indywidualizmie, jaką reprezentuje
Ja tez jestem człowiekiem, mam swoje sprawy i problemy. Gdy po raz pierwszy w odpowiedzi na jego e-mail i pytanie w nim zawarte -co u mnie, otworzyłam się pisząc długi list a w nim moje myśli, bieżące sprawy i to co rzeczywiście u mnie słychać. Odpowiedź jego, stanowiła podsumowanie jak również swoiste przebudzenie nad wszystkim co do tej pory uczyniłam w jego kierunku i odechciało mi się kontynuować ani też dopatrywać kolejnych tłumaczeń jego niepoprawnego wyniosłego zachowania.
- „sorry, ale takie ilości tekstu to nie na moje siły i nie na moja obecna kondycje. Pogadamy kiedyś na żywo albo na skype, nie potrafię i nie mam czasu teraz żeby się do tego wszystkiego odnieść co napisałaś. Jestem większość czasu w pracy, poza domem i czuje się źle kondycyjnie"
-Ani mniej czy więcej jakiegokolwiek innego słowa, to wszystko co przeczytałam.
Mam brata, lecz potwornego egoistę, panikarza przewrażliwionego na swoim punkcie, z milionem kompleksów, które chowa pod przykrywką podniesionego w górę nosa, dumnego i upartego aż nad to, który dobrze czuje się w rozporządzaniu tym co ktoś inny ma robić i czuć w danym momencie, odpowiednim dla jego humoru i potrzeb. Taki niepozorny "mały" człowiek lecz niekiedy z kosa w ręku umie słowem swoim tak dotknąć, że pozostawi po tym blizny nie do zagojenia, tym bardziej u osób skrajnie wrażliwych rodzinnie. Skąd w nim tyle egocentryzmu i niekontrolowanej (mam nadzieję) złośliwości, która czasem, wynika z miana, że to jemu należy się zainteresowanie, uwaga czy interwencja, nie zauważając w ogóle, że powiela dokładnie te same rzeczy jakie teoretyzując zarzuca innym czy domniema negując je. Koszmar.
Mam Brata , fakt, lecz nie sadziłam, że kiedyś przyjdzie mi powiedzieć:
-no i co z tego?