poniedziałek, 10 października 2011

WYBORY dnia 09.10.2011r

       Zgłosiłam się do lokalu wyborczego, w dzień wyborów parlamentarnych, w granicach godziny 10:00 rano, tuz przed umówionym spotkaniem z przyjaciółką. Jak każdy poczuwający się obywatel postanowiłam pójść do urny wiedząc, że dla władzy mój głos nie wiele da lecz jako Polka posiadająca pełne prawa obywatelskie, spełnię swój obowiązek i przywilej zarazem oddając ten głos.
Informacja jaką uzyskałam podchodząc do OKW (Okręgowej Komisji Wyborczej) tak mnie zszokowała, że nawet nie przeszło mi przez myśl kiedykolwiek, że owa sytuacja może mieć miejsce a tym bardziej dotyczyć będzie mnie.
Okazując mój dowód osobisty, by złożyć podpis na liście wyborczej i odebrać karty do głosowania dowiaduję się pierwszej niepokojącej informacji z ust członka OKW: 
-"Ale ja tu Pani na liście nie mam"
- Słucham? -pytam zdziwiona
- "No nie mam Pani na spisie. Pod tym adresem znajduje się tylko jedna osoba ale to nie jest Pani i ta kobieta już była głosować".- usłyszałam dalszy komentarz.
-Tak wiem, to jest moja mama, ale jak to możliwe że nie ma mnie na liście, przecież byłam zawsze, może to jakiś błąd? Proszę sprawdzić jeszcze raz dokładnie a jeśli nie tu może umieszczono mnie na liście dodatkowej?? -pytam i podpowiadam tej Pani już lekko zirytowana ale nadal cierpliwa.
Po krótkich poszukiwaniach nadal nie odnaleziono mojej osoby na liście wyborczej bym była uprawniona do oddania głosu. 
- Kto z państwa jest przewodniczącym komisji? -pytam stanowczym tonem.
- Ja. -odpowiada głos siedzący obok Pani, do której podeszłam z początku.
- Proszę więc jako pełniący funkcję nadzorującą w tej komisji aby Pan wyjaśnił tą sprawę i to jak najszybciej ponieważ chcę oddać głos -kontynuuję więc. Pamiętam też o spotkaniu na które jestem umówiona wiec przedłużająca się sytuacja lekko mnie denerwuje -nienawidzę się spóźniać.

- "Poproszę Pani dowód, zadzwonię do Urzędu Miasta i zapytam się co w tej sprawie możemy zrobić"
  -słyszę w odpowiedzi.
- Nie proszę Pana, nie do Urzędu tylko do Wydziału Spraw Obywatelskich proszę wykonać ten tel i podkreślić, że pod wskazanym adresem w dowodzie jestem zameldowana od 10lat i nigdy wcześniej podczas żadnych wyborów nie zdarzyła mi się podobna sytuacja. Proszę także nadmienić jeśli mogę prosić, że jestem jedynym właścicielem tego mieszkania w którym zameldowana jest również moja matka i ona znajduje się na liście a ja nie?! -pouczam pana przewodniczącego oraz jak tylko grzecznie potrafię to proszę.
Po chwili Pan wraca z moim dowodem oddając mi go i twierdząc po rozmowie z tym wydziałem:
- "Droga Pani, jest mi przykro ale w dniu dzisiejszym nie może Pani oddać głosu ponieważ nie widnieje Pani u nas w ewidencji jaką tą informację udzielono mi po identyfikacji Pani peselu".
- Jak więc mam to rozumieć Drogi Panie? I co ma oznaczać, że nie widnieję? To co umarłam???
-"nie, no umarli widnieją jako osoby u których zaistniał zgon. Natomiast Pani tak jakby nie ma, tz nie widnieje Pani w ewidencji ludności, Pani pesel jest nie rozpoznany." -usłyszałam.
-Aha! -To jedyne co ze zdumieniem i z zamurowaniem udało mi się wypowiedzieć.
Już odchodziłam lecz nagle cofając się zażądałam podania mi danych takich jak: nr tel do Wydziału S.O. oraz o personalia osoby co mi te bajecznie interesujące wiadomości przekazał czyli do Pana przewodniczącego OKW nr 117 w Poznaniu.

Tak się składa, że przez ostatnie 10lat podczas każdych wyborów zawsze byłam członkiem komisji wyborczej i przez wiele lat pełniłam w niej również funkcję jej przewodniczącej i nigdy w życiu nie doświadczyłam czegoś choćby podobnego.. Ordynację wyborczą więc miałam w małym paluszku stąd też znajome są mi procedury postępowania komisji, które przecież pozostają niezmienne mimo zmieniającego się rządu.

Po wyjściu z lokalu wyborczego chwyciłam za tel i w pierwszej kolejności zadzwoniłam do O.
-O. proszę usiądź przed komputerem i znajdź mi wszystkie możliwe źródła kontaktu z mediami począwszy od prasy kończąc na TV poznańskie i wielkopolskie- powiedziałam do O. zdenerwowanym dość głosem.
Ta, nie czekając i na szczęście nie zadając pytań, wysyłała mi sms z numerami telefonów do tych miejsc o jakie ją poprosiłam -miałam chyba 20-cia różnych kontaktów.
W pierwszej kolejności oczywiście wykonałam telefony do organów odpowiedzialnych by potwierdzić wersję Pana przewodniczącego lecz ani w urzędzie Miasta ani tym bardziej w wydziale spraw obywatelskich nikt ze mną nie chciał rozmawiać i konkretnie wytłumaczyć o co chodzi tak na prawdę z moją sprawą. Tak więc nie zastanawiając się już dłużej, wykorzystałam namiary jakie podesłała mi O. Gazeta Głos Wielkopolski oraz TV WTK jak i Uwaga TVN postanowiły podjąć temat tak bardzo bulwersującej już mnie sprawy.
Po krótkim śledztwie jednego z Panów redaktorów, którzy do mnie się zgłosili i pomagali rozwiązać mi tą niezręczną i upokarzającą dla mnie kwestie, uzyskałam kolejną szokującą mnie wiadomość.
Mianowicie, okazało się, że nagle się pojawiłam i figuruję w bazie ewidencji jednakże jako wymeldowana z pod adresu stałego meldunku jaki posiadam w dowodzie i bez innego podanego u nich w systemie, który wskazywał by na moje stałe miejsce zamieszkania.
I tu na chwilę STOP.

Ustawa z dnia 10 kwietnia 1974 r.
o ewidencji ludności i dowodach osobistych reguluje kwestie wszelkiego meldunku stałego jak i tymczasowego
  
Art. 4. Obowiązek meldunkowy polega na:
  1)       zameldowaniu się w miejscu pobytu stałego lub czasowego,
Art. 6. 1. Pobytem stałym jest zamieszkanie w określonej miejscowości pod oznaczonym adresem z zamiarem stałego przebywania.
Art. 10. 1. Osoba, która przebywa w określonej miejscowości pod tym samym adresem dłużej niż trzy doby, jest obowiązana zameldować się na pobyt stały lub czasowy najpóźniej przed upływem czwartej doby, licząc od dnia przybycia.

Obowiązek meldunkowy jest obowiązkiem administracyjnym. Nie ma związku z prawem do nieruchomości, pod adresem której nastąpiło zameldowanie. Każda osoba powinna mieć jedno miejsce zameldowania na pobyt stały. Jest to miejscowość oraz miejsce w której gromadzi się centrum spraw życiowych danej osoby.

Z samego rana, dziś w poniedziałek, dobę po tej "aferze" zgłaszam się osobiście w Urzedzie Miasta, wydział Spraw Obywatelskich.. mija 15/20 min, aż jakaś Pani w okienku wreszcie już wie na jaki pokój mnie odesłać, skierować do osoby odpowiedzialnej za decyzję wymeldowania mnie z mojego domu.
Cały czas zachowuję stoicki spokój lecz prześladuje mnie dziwne wrażenie, że po wejściu do tego pokoju kogoś zwyczajnie że tak się wyrażę (odzwierciedlając moje emocję) "skurwię"- mówiąc jeszcze delikatnie lecz bez ogródek.
-"Szanowna pani proszę usiąść" -słyszę na wstępie, więc ciśnienie mam coraz większe..
-"Ja tu widzę, że decyzją administracyjną została Pani wymeldowana z miejsca zamieszkania, toczyło się bowiem przeciwko Pani postępowanie administracyjne na wniosek Prokuratury.
-Słucham??? - uwierzcie mi, że nie chcielibyście wówczas widzieć mej miny. Wstałam z krzesła i odpowiadam.
- Proszę Pani nie wiem jakie postępowanie toczyło się w mojej sprawie ale jako ciut inteligenta osoba śmiem twierdzić, że żadne postanowienie nie można nazwać postępowaniem nie informując o jego chociażby wczczęciu, samej osoby pozwanej a toczyć się w posiedzeniach nie jawnych również nie może ponieważ należy dopuścić z urzędu protokół z przesłuchania i ewentualne przedstawienie dowodów jak i argumentów strony zainteresowanej czy inaczej zwał pozwanej a tego Państwo, jako urząd, nie dopilnowaliście i nie zostałam o niczym poinformowana. Poza tym nim zacznę mówić więcej proszę mi pokazać akta tej sprawy i decyzję jaka warunkuje status, który obecnie posiadam.
- Niestety akta Pani sprawy znajdują się już w archiwum i nie jestem w stanie teraz Pani ich udostępnić a tak w ogóle, to tą sprawą zajmowała się koleżanka, której obecnie nie ma.
- A wiec Pani sądzi, że ja Pani na słowo uwierzę odnośnie tych wszystkich bzdur jakie mi Pani teraz opowiada? Domniemam jedynie, że z powodów nagłośnienia przeze mnie tej całej sprawy a błędu jaki wyniknął jedynie z Państwa strony a mógłby on kosztować wiele teraz poszukujecie idealnego rozwiązania owego problemu tak by czasem nie dotknął on tz imienia urzędu ze wskazaniem na konkretne zaniedbania obowiązków służbowych! I proszę mi wierzyć, że nie dam się spławić ani teraz ani potem i nie wyjdę stąd póki sprawa ta się nie zakończy wyjaśnieniem. Natomiast rozmowę tą nagrywam na dyktafon, który otrzymałam od redaktora TVP Poznań i radzę komuś z tego pokoju natychmiast mi wezwać waszego przełożonego, kogoś, kto zejdzie do archiwum, odtajni tą sprawę i udowodni mi, że mieliście prawo administracyjne do wymeldowania mnie z mojego domu z przyczyny bo coś tam....!!! Pozostawiono to bez komentarza i zaczęto działać.

W 5 min po tym, nagle znalazł się Pan w garniturku, który zresztą ujmująco pachniał perfumami
"Preda Porte". Jego pierwsze słowa brzmiały: -"a Pani to na prawdę zgłosiła mediom?" proszę, wówczas uwierzyłam że żyję w epoce kamienia łupanego a ten kraj mnie uwstecznia zamiast rozwijać i kształcić! 
-Tak. -odparłam idąc szybkim krokiem korytarzem podziemi Urzędu Miasta Poznań i kierując się do Archiwum. Tam już szybko ujawniła się historia całego zamieszania...

Posłuchajcie.
Pewnego dnia gdy postanowiłam wyjechać do Irlandii złożyłam oświadczenie na Poczcie Polskiej mówiące o tym by listonosz mógł wrzucać do skrzynki pocztowej listy polecone bez konieczności wystawiania tz awizo i odbioru osobistego w placówce poczty. To miało na celu ułatwić mojej mamie odbiór dla mnie korespondencji. Ponieważ po 2 latach i po powrocie z zagranicy zamieszkałam już sama o tym fakcie zapomniałam zupełnie, wszędzie bowiem podawałam adres do korespondencji mojego mieszkania w którym przebywałam na co dzień również mojej własności, natomiast nie miałam powodu sądzić jak i przewidzieć, że jakakolwiek korespondencja nadal przychodzić będzie do mojego rodzinnego domu gdzie mieszka tam teraz tylko moja mama jeśli zmieniłam wszędzie adres do korespondencji. Powiatowy Urząd Pracy jednak przypomniał sobie o mnie po 7latach od momentu mojej rejestracji tam i chciał coś ode mnie lecz korespondencja, którą kierował do mnie wracała się gdyż mama przestała odbierać moje listy i mi je przekazywać w zamian za to wrzucała wszystko do skrzynki zwrotów. Takim sposobem zaczęto poszukiwać mnie jako prawie "ktokolwiek widział ktokolwiek wie". Wniesiono sprawę do prokuratury o ustalenie mojego miejsca zamieszkania, ta przeprowadziła śledztwo. Wynikało z niego i z zeznań sąsiadów, że oni mnie nie widzieli i z tego co wiedza przebywam poza granica kraju. Śledztwo ich było jednak tak nieudolne, że w zeznania zawierzyli jak w biblię i taki też opis sprawy pozostawiono.. a wystarczyło przecież zgłosić się do urzędu skarbowego czy kolejnej mądrej instytucji jak ZUS o wykaz odprowadzanych moich składek przez pracodawcę tam mieli by dane aktualne i poświadczenie tego czy na pewno nie podjęłam żadnego zatrudnienia w Pl, szybko by trafili na ślad o mnie. Ta sama prokuratura wiec wysłała zawiadomienie do Urzędu Miasta z wnioskiem o wymeldowanie mnie z miejsca zamieszkania kiedy faktycznie tam nie przebywam i nie mieszkam lecz nadal nie rozumiem na jakiej podstawie pozostawili mnie bez meldunku nie informując mnie o tym na dodatek.

ZOSTAŁAM WYMELDOWANA BO NIE ODBIERAŁAM KORESPONDENCJI. NA PODSTAWIE  SŁÓW SĄSIADA CZY DWÓCH  KTÓRZY STWIERDZILI, ŻE MNIE NIE WIDZIELI JUŻ DŁUGO I CHYBA WYJECHAŁAM ZA GRANICĘ UZNANO MNIE ZA NIEZAMIESZKAŁĄ POD WSKAZANYM ADRESEM- NIE ROZMAWIANO NAWET Z MOJĄ MAMĄ -TO SKANDAL!!!

Posługując się więc dowodem osobistym od roku 2010 popełniam przestępstwo gdyż jest on prawnie nie ważny a adres zameldowania jaki w nim przedstawiam jest fikcyjny.

Nie zostawię tej sprawy tak jak jest i jak będzie trzeba pójdę z miastem na wokandę!!!

Gdyby nie te wybory i moja zawziętość oraz dociekliwość była bym niczego nieświadoma a jeszcze nie daj Bóg jakaś kontrola np gdzieś na lotnisku kiedy ja czasem latam przecież tu i ówdzie?