Wyjazd i podróż…
"Jest między nimi przepaść. Wyjazd to tylko chwilowe przeniesienie się z miejsca na miejsce, po to, by w blasku słońca i flesza aparatu fotograficznego upamiętnić chwile, którym dodaje się potem ważności opowiadanymi historiami, pokazywanymi zdjęciami. Cała ta otoczka zewnętrzności mimo wszystko spływa, a nie ubogaca. Wyjazd pozostaje wyjazdem. To zwykłe dmuchnięcie w czasoprzestrzeni, przeniesienie poza orbitę codzienności z planem szybkiego powrotu. Towarzyszą mu nazbyt codzienne myśli i tęsknoty – za łóżkiem, pościelą, nocną lampką, wanną. Ach, żeby już być w domu – zamyśla się słodko uczestnik wyjazdu.
Gdy wraca, zaprasza znajomych na kieliszek wina i zanudza pokazem zdjęć. Wszystko jest tak, jak było przedtem. Nie zmienił swojej duszy, nie dokonał pięknego odkrycia, nie wyprasował myśli i pragnień, nie
przewietrzył świadomości. Natomiast kto wyjechał w podróż, liczy się z tym, że może z niej nie wrócić, gdy nowo poznany świat zwróci mu w głowie. Przeważnie jednak wraca – ale już nie taki sam. Jakby przeszedł pogański szlak Świętego Jakuba, w czasie którego przeżył wewnętrzne rekolekcje.
Czasem gdzieś zostawia duszę – jak pieniążek w rzymskiej studni. Pokornieje wobec codzienności, nabierając dystansu do tego, co było nieznośne i męczyło jak zmora. Czasem po takiej podróży człowiek
nagle zauważa, że nie ma już dawnych lęków i dawnego siebie. Z podroży zawsze wraca ktoś inny.
Tak. W tamtej chwili byłam kobietą w podróży. Wracałam inna, z nowymi planami i marzeniami. Pogodzona z losem, który dość zaskakująco się ze mną obszedł. Jednak widziałam w tym surowiec na nowe życie.
Jakbym miała tkać swoją codzienność z nieznanej materii.Unosiłam swoje myśli nad zmarszczkami chmur. Przez chwilę byliśmy nad Krakowem – a ja czułam wielką radość, że wracam do kraju.
Lądowanie. Kilka podskoków, jak po wertepach. To wszystko. Pocałunek z ziemią. I już stałyśmy na płycie Okęcia. Odetchnęłam polskim powietrzem. Pachniało znajomo. To tu, w tym kraju była moja ukochana
prowincja. I choć raczyłam się wyjątkowością innej, włoskiej, moja była jak domowy rosół. Smakowała znajomo i działała krzepiąco."
